Następcy Kolumba: Czasy tombaku
- Przykłady z lat 80. powinny być nauczką dla menedżerów, by zamiast na wzrost koszykarzy patrzeć na ich talent i umiejętności. W amoku człowiek jednak zapomina o wszystkim. Duży? Mówi w dziwnym języku? Ma dwie ręce i dwie nogi? Bierzemy! Niestety, wielu klubom nie wyszło to na dobre – pisze nasz koszykarski ekspert Piotr Szeleszczuk w kolejnym odcinku naszego cyklu.
Przeczytaj wcześniejsze odcinki: Pierwszy kontakt, Bułgarska nauczka, Bałkańska siła, Władca pierścieni, Zdolny saksofonista
El Dorado to po hiszpańsku „człowiek olśniony złotem” Według legendy plemiona Indian z Ameryki Środkowej podczas rytualnych obrzędów ubierały swoich wodzów w złote płyty. Wizja odnalezienia tych skarbów zawładnęła umysłami konkwistadorów, którzy przez setki lat szukali mitycznych plemion kosztem wielu ludzkich istnień. Bezskutecznie. Zaślepieni menedżerowie klubów NBA też szukali wielkich skarbów w Europie. Skończyli tak, jak ich zachłanni poprzednicy. Ale po kolei…
Duży? Tak! Ma paszport USA? Nie! To jest nasz – ta zasada przyświecała chyba klubom podczas draftu w 2000 roku. Jerome Moiso, Dalibor Bagarić, Jake Tsakalidis, Primoż Brezec czy Hannu Mottola, oraz Afrykańczycy Mamadou N’Diaye, Soumalia Samake oraz Olumide Oyedeji. To był zresztą pechowy draft – także gracze obwodowi (Igor Rakocevic, Josip Sesar i Marko Jaric) nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań, choć Jariciowi udało się sporo w NBA zarobić i przy okazji ożenić się z supermodelką Adrianą Limą. Jedynym, który może ze spokojem spojrzeć w lustro, jest Hedo Turkoglu. Turek przyjeżdżał do USA jako gwiazda Euroligi, ale przez pierwsze lata gry w NBA był uważany za co najwyżej wartościowego zmiennika. Przełomowy dla niego był ostatni sezon – dzięki jego trafieniom Orlando Magic awansowali do finałów NBA. W lecie Turkoglu podpisał więc wielki kontrakt z Toronto Raptors i… osiadł na laurach.
Draft 2003 roku zapowiadał się fenomenalnie z jednego powodu. Ten powód nazywał się LeBron James i został przez wielu fachowców okrzyknięty koszykarskim geniuszem. Dziś wiemy, że w tych pochwałach nie było ani krzty przesady. A przecież tuż za plecami Jamesa wybrani zostali jeszcze Dwyane Wade, Chris Bosh, Carmelo Anthony, David West, Mo Williams, Josh Howard czy Chris Kaman. Wszyscy to uczestnicy ASG, a są przecież jeszcze Kyle Korver, Kendrick Perkins, Travis Outlaw, Kirk Hinrich czy Nick Collison. Sporo jak na jeden draft, dlatego dziś mówi się, że był to najlepszy (obok 1984 roku, gdy wybrano m.in. Olajuwona i Jordana) rocznik w historii NBA. Kto jako jedyny zawiódł? Europejczycy.
Dla graczy ze Starego Kontynentu to też miał być przełomowy rok. Do Nowego Jorku przyjechali najlepsi z najlepszych – młodzi, wysocy, świetnie rzucający z dystansu. Był wśród nich Maciej Lampe, ale największą gwiazdą europejskiego desantu okrzyknięto Darko Milicicia. W niektórych przeddraftowych notowaniach Serb długo był nawet przed LeBronem. Słowo potencjał w jego przypadku zostało odmienione przez wszystkie możliwe przypadki. W talent Milicicia najmocniej uwierzył menedżer Pistons Joe Dumars, który mógł zaryzykować – miał dobry zespół, a drugi numer w drafcie trafił mu się trochę przypadkiem. Skończyło się gigantyczną klapą. Milicić w Detroit się nie sprawdził, trochę lepiej grał w Orlando i Memphis. Obecnie Darko jest w Nowym Jorku, ale po tym, jak w listopadzie złapał kontuzję zapowiedział, że gra w NBA już go nie bawi i w przyszłym sezonie wraca do Europy.
Mało brakowało, abyśmy w kategoriach gigantycznego rozczarowania zamiast o Miliciciu mówili o Macieju Lampe. Wychowany w Szwecji skrzydłowy z Łodzi miał wszystko to, co Darko, a na dodatek koszykarskiego rzemiosła uczył się nie w prowincjonalnym Vrsacu, a w wielkim Realu Madryt. I to właśnie okazało się tym, co go pogrążyło – zawiły kontrakt z „Królewskimi” sprawił, że zamiast zostać wybranym w pierwszej dziesiątce, wypadł z pierwszej rundy. Może i dobrze, bo karierę miał jeszcze gorszą niż Milicić – brakowało mu agresji na parkiecie, udało mu się za to poderwać upadłą gwiazdkę muzyki pop Samanthę Cole. Dziś Lampe gra w lidze rosyjskiej i na NBA nie ma szans.
Oprócz Milicicia i Lampego w 2003 roku wybrano aż 16 graczy z Europy. Tak naprawdę tylko Boris Diaw gra na miarę możliwości, choć jemu też zdarzały mu się lata lepsze i gorsze. Zadowoleni mogą być też Mickael Pietrus i Zaza Pachulia. A reszta? Zapomnijmy. Zarko Cabarkapa (nr. 17) od prawie roku jest bez pracy. Sasha Pavlovic (nr. 19) po kilku solidnych latach obecnie jest głęboko na ławce Wolves. Zoran Planinić (nr. 22) gra w CSKA Moskwa. Zawodnicy wybrani w drugiej rundzie (m.in. drugi Polak – Szymon Szewczyk) otarli się co najwyżej o ligi letnie.
Wszystkie zakłady dostępne są na bwin.
Zarejestruj się i zgarnij bonus!







Wczytywanie...
Dodaj swój komentarz