Piłka na dziko: Powrót Madziarów
- Sukcesy węgierskiego futbolu z czasów „złotej jedenastki” pewnie prędko się nie powtórzą, ale po latach niepowodzeń następcy Ferenca Puskasa powstają z kolan. Odrodzenie czy chwilowa zwyżka formy? Debreczyn grał w poprzednim sezonie w Lidze Mistrzów, kadrowicze zmieniali kluby na te z Serie A czy Bundesligi, a kadra awansowała w rankingu FIFA. Węgrzy atakują – pisze Marcin Dobski.
Debreczyn oczywiście nie zawojował LM, ale zebrał doświadczenie i zarobił trochę pieniędzy. Na udziale, transmisjach, a potem na transferach piłkarzy. To wymierny sukces biorąc pod uwagę jak my długo czekamy na ten upragniony awans. Pomogli w nim m.in. kadrowicze: Peter Czvitkovics i Jozsef Varga.
Reprezentacja po latach posuchy i porażek zaczyna dochodzić do głosu. Po eksperymentach z Lotharem Mattheusem i Erwinem Koemanem, którzy byli świetnymi piłkarzami, ale z trenerką sobie nie poradzili, nastał czas Sandora Egervariego. Selekcjoner prowadził kadrę dopiero w siedmiu spotkaniach, ale pięć zwycięstw i zaledwie dwie porażki to wyśmienity wynik patrząc na historię ostatnich lat. A ta jest smutna, bo Węgrzy w finałach turniejów o mistrzostwo świata czy Europy nie grali odpowiednio od 1986 i 1972 roku. Wracając do trenera to w pamiętnym 1986 roku był on asystentem ówczesnego selekcjonera, a przed objęciem kadry prowadził młodzieżówkę, z którą wywalczył brązowy medal na mistrzostwach świata. Dobra współpraca z młodymi piłkarzami procentuje, bo obecni reprezentanci do weteranów nie należą.
W trwających eliminacjach do naszego Euro Węgrzy radzą sobie bardzo dobrze, bo plasują się na drugim miejscu w grupie E tuż za wicemistrzem świata – Holandią, a przed Szwecją. Trzy zwycięstwa i porażka w inauguracyjnym meczu ze Skandynawami (0:2) to dobry wynik, a wygrana 8:0 nad San Marino mimo wszystko wzbudza uznanie. To zasługa trenera, ale też tego, że czołowi kadrowicze zaczęli grać w znaczących klubach i tym samym podnosić swoje umiejętności.
Drużyna na papierze wygląda co najmniej nieźle. Bramkarza Gabora Kiraly’ego nie trzeba nikomu przedstawiać, ale na jego następcę wyrósł Martin Fulop, który po terminowaniu w Tottenhamie zamienił stolicę na pierwszoligowy Ipswich Town. A w odwodzie jest jeszcze czekający na debiut Adam Bogdan z Boltonu. W obronie pierwsze skrzypce gra Roland Juhasz z Anderlechtu wyceniany na 6 milionów euro. Sekundują mu Vilmos Vanczak (Sion), a także Zsolt Laczko z Sampdorii. Krisztian Vermes oraz Pal Lazar natomiast są jeszcze zawodnikami ligi węgierskiej. W pomocy grają wymienieni wcześniej dwaj piłkarze z Debreczynu, kapitan Zoltan Gera (Fulham, zeszłoroczny finalista Ligi Europejskiej), Tamas Hajnal, który z liderującej w Bundeslidze Borussi Dortmund przeniósł się do Stuttgartu oraz Vladimir Koman (Sampdoria), Krisztian Vadocz (Osasuna) oraz gwiazda PSV – Balazs Dzsudzsak, którego wartość sięga kilkunastu „baniek”. Prawda, że nieźle?
Atak? Adam Szalai, piłkarz rewelacyjnego w tym sezonie Mainz. 23-letni napastnik w 19 spotkaniach strzelił cztery gole, a formalnie nadal jest piłkarzem Realu Madryt Castilla, gdzie w przeciągu trzech lat (2007-10) zdobył 23 gole. Oprócz niego Egervari może stawiać na Tamasa Priskina, który obecnie gra w Queens Park Rangers, a pamięta wspólne występy z Grzegorzem Rasiakiem w Watford. Jest jeszcze doświadczony Atilla Tokoli, który zdobył 208 goli (!) w lidze węgierskiej, a ma 34 lata i jeszcze nie zamierza kończyć kariery.
Jak widać szkolenie młodzieży przynosi efekty, bo Węgry to kolejny po Szwajcarii kraj, który czerpie korzyści w piłce seniorskiej dzięki zawodnikom, którzy uprzednio wywalczyli medale w rozgrywkach młodzieżowych. Madziarzy po wielu latach upokorzeń mogą (z przymrużeniem oka) marzyć, że kiedyś nawiążą do sukcesów „złotej jedenastki”, która była dwukrotnie wicemistrzem świata i brązowym medalistą mistrzostw Europy. Czasy Puskasa i Sandora Kocsisa są odległe, ale w życiu nic nie trwa wiecznie. Także brak Węgier od 25 lat na wielkiej imprezie międzynarodowej.







Wczytywanie...
Dodaj swój komentarz